sobota, 22 grudnia 2012

Krótki spacer (wichury i bobry)

Z racji roztopów tydzień temu w sobotę (15 grudnia), wyszedłem na tylko krótki spacer. plany były ambitne, lecz szedłem sam i pogoda nie dopisała, więc niestety wyszło jak wyszło, lecz zdjęć parę zrobiłem (proszę o wybaczenie jakości, ale raz ze nie umiem robić zdjęć a dwa że nie jest to żaden super-hiper aparat), toteż dzisiaj będą w sumie tylko zdjęcia i podpisy do nich.

Na początek wstawię więc kilka zdjęć pokazujących efekty jesiennych jak dobrze pamiętam wichur, zdjęcia są z fragmentu lasu który znam jak własną kieszeń, ale wcześniej jakoś nie chciało mi się tego fotografować.

 Tutaj kilka drzew złamanych przez przewracającą się brzozę...
a tu sosny pozostawione na zrębie, przygięte przez wichurę.

Kolejnym motywem, za który brałem się do dłuższego czasu to bobry. Jest tego w mojej okolicy zatrzęsienie wręcz, występują praktycznie wszędzie. Spotykałem się z opinia typu "bobry ścinają tylko drzewa bez znaczenia gospodarczego" itp. tutaj zaprezentuję kilka zdjęć które zaprzeczą temu twierdzeniu jednak...
 Tutaj całkiem spory dąb, ogryziony jedynie z kory przy ziemi, chyba nikt nie powie że jest to drewno bez znaczenie gospodarczego...
 Oraz nieco mniejszy dąbek, tym razem ścięty całkowicie.

Oraz dwie polanki, powstałe tylko i wyłącznie na skutek działalności bobrów, na pierwszej widoczny ów dąb (ten z łuszcząca się korą).

Kolejną sprawa są żeremia. otóż nie wszyscy to zauważają, ale bobry nie zawsze je budują. W wielu przypadkach kopią w brzegu nory, nory owe mają taką specyficzną cechę że maja dość cienki strop i potrafią się zapaść.
Otóż w ten sposób powstała ta dziura. Sam na takiej norze kiedyś prawie sobie skręciłem kostkę.

Bobrów to w sumie koniec,dodam od siebie tylko ze nie jestem przeciwnikiem istnienia tego gatunku ww polskim ekosystemie, ale uważam że jest to zwierze na tyle powszechne że jago ochrona jest bezcelowa i na dłuższa metę brak redukcji populacji może mieć zgubny skutek dla naszych lasów...

Do tego jeszcze zdjęcia dokumentujące działalność tym razem człowieka:
Zrąb który przyprawił mnie o niezłe zdziwienie kilka miesięcy temu. otóż szedłem w niejako przeciwnym kierunku niż zwykle, i wyszedłem na to miejsce. Przyznam że w pierwszej chwili miałem wrażenie że pobłądziłem, stwierdziłem nawet "tu powinien być las". Dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdziłem że jednak idę dobrze, a las tam owszem, był ale już nie ma. I tak oto można mówiąc dzisiejszym językiem "zagiąć" człowieka który las zna, ba, chodzi po nim prawie ze od urodzenia...

Oraz ciekawostkę:

Mała czeremcha z, wciąż zielonymi, liśćmi. powiem że byłem lekko zdziwiony tym widokiem w połowie grudnia, po mrozach i na śniegu.

A do tego, jako że ostatnio tez było zdjęcie publikujące mój wizerunek to teraz dodam zdjęcie mojego stroju wybitnie niecodziennego:

Powiem tylko że może i dobrze tak wyglądam, ale jest to stój który nie pasuje mojej osobowości i jest mało wygodny toteż racze niezbyt często go zakładam...

wtorek, 6 listopada 2012

Zupa V 2.0

W ostatni piątek postanowiłem ponowić próby gotowania w terenie, gdyż ostatnie były wybitnie nieudane. W terenie spędziłem prawie 5,5 godziny, lecz celowo poszedłem w teren który słabo znam, gdyż chodzenie po znanym sobie terenie nie daje zbyt wiele satysfakcji z mojego punktu widzenia.
Pierwsze "znalezisko" nie było ani ciekawe a wręcz pomniejszyło moja wiarę w ludzkość, lecz mimo wszystko wrzucę fotkę:
Śmieci, niestety tak częsty widok w naszych lasach... niestety te bez żadnych podpisanych zeszytów, faktur itp. typowo remontowe (sporo fragmentów płytek, tubki po silikonach, puszki po piance montażowej itp... Na szczęście niedługo później, tym razem natura dość ciekawie mnie zaskoczyła:
Otóż to dość ciekawie wyglądające drzewko po środku to (niestety suchy) jałowiec. Tutaj nie dość że rzadko spotyka się go w formie jednopiennej, to jeszcze rośnie koło dębów, gdzie zwykle spotyka się go w lasach sosnowych. Nota bene drewno jałowca jest całkiem dobrym materiałem na drobne wyroby typu łyżki itp. bardzo wdzięczne w obróbce i trwałe, lecz rzadko z niego korzystam gdyż staram się nie ścinać grubych jałowców, gdyż takiego jak ten np. było by mi szkoda (jeśli bym takiego "suszka" nawet ściął to wziąłbym go w całości jako ciekawostkę a nie jako materiał na coś)

Lecz do rzeczy: jak już pisałem była to wyprawa "kulinarna" tj. mająca na celu ugotowanie czegoś w terenie. Tym razem wpadłem na pomysł ugotowania zupy na bazie boczku, cebuli, suchego chleba i (może mało survivalowo-historycznie, ale byłbym w stanie się bez tego obejść) kostki rosołowej. Gotowanie jak zwykle w radzieckiej menażce typu kociołek, Ognisko rozpalone jak zwykle w dołku, mimo sporej wilgotności teoretycznie wszystkiego rozpalone bez większych komplikacji (kora brzozowa i gałązki świerkowe czynią cuda).  Zupę ugotowałem tez bez większych problemów: na początek do kociołka powędrował pokrojony wędzony boczek (nie powiem ile, nie pamiętam), po lekkim podsmażeniu dodałem pokrojona cebulę (taką średnią) gdy to się w miarę podsmażyło dopiero dodałem wody i gotowałem przez jakiś czas. W wersji najprostszej jedyną przyprawą miała być sól (bez niej było by to ogólnie niezjadliwe). Kostka rosołowa została dodana w ramach eksperymentu, co wyjdzie, i stwierdzam że lepiej było by dodać czosnku lub więcej cebuli. Suchy chleb dodany w ramach zagęstnika (na samym końcu), po zjedzeniu tego w takiej postaci jak było stwierdzam że lepiej jest go drobno pokruszyć jednak.

Forma "początkowa"
 
Ostateczny efekt
Nie zrobiłem zdjęcia pomiędzy dodaniem kostki rosołowej a chleba, gdyż zwyczajnie zapomniałem.

Na koniec ostateczny dowód na względność pojęcia odległości geograficznej:



Pomijając inne znaki to na starszej tabliczce odległość do leśniczówki jest podana jako 2,2km a na nowej 2,5 km... 300 metrów drogi przybyło!!

Na koniec jeszcze nowy wyrób, wyrwany z kontekstu co prawda, ale jako "przerywnik rzemieślniczy":

Czapka papacha, uszyta ostatnio na nadchodzącą zimę, materiał w całości z odzysku.

środa, 4 lipca 2012

w mokrym lesie...

Więc na początek bardzo ambitny wniosek: po kilku dniach deszczy w lesie i na łąkach jest mokro... nawet bardzo mokro...

Ale do rzeczy: wczoraj postanowiłem trochę się przejść, trasa wg. mapy ok. 12 km, więc niby spokojnie. Tyle tylko że nie wziąłem poprawki na to że część tej trasy wiedzie przez łąki oraz lasy które normalnie do suchych nie należą, a co dopiero po takich deszczach (w sumie to trasa nie była planowana...). Ciekawym doświadczeniem jest chodzenie po bagnach z kijem (chociaż kij to chyba nie jest odpowiednia nazwa dla drąga średnicy 5-6cm i długiego na jakieś 190), co pozwala na w miarę bezpieczne badanie gruntu przed sobą, przydaje się to też przy przekraczanie rowów (można badać zarówno ilość wody jak i sprawdzać ilość mułu na dnie, oraz można się niem podpierać gdy idzie się po zaimprowizowanym moście). Wyjście było można powiedzieć "bezproduktywne", gdyż nie udało mi się znaleźć nic ciekawego poza jagodami i malinami, zdjęć z terenu nie ma bo nie miałem aparat a zdjęć z domu nie ma bo ich zwyczajnie do domu nie przyniosłem... całość zajęła mi duuzo czasu (jakieś 4-5 godzin), lecz to kwestia tego że szedłem nieznaną trasą oraz miałem sporo przystanków. Najgorzej na wyjście zareagowały chyba buty, były kompletnie przemoczone, a czubki się odbarwiły (wypłukało barwnik pasty)

PS. zdjęć do tego postu nie ma i nie będzie bo nie miałem ani aparatu ani człowieka z aparatem pod ręką.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Spacerek vel "Warsztaty przepacania furażerki"


Wczoraj podczas wyjścia z kolegą postanowiłem przetestować radzieckie oporządzenie marszowe, pozwalając sobie co prawda na kilka ustępstw (brak regulaminowej bielizny, zamiast zrolowanego szynela zwykły koc a plecak po prostu wypchany tym co było pod ręką, ponad to bez broni i z pusta torbą amunicyjną od rusznicy p-panc), lecz mimo to niezbyt długa trasa, jakieś 10 km, może trochę więcej, przy temp. ok 30°C dała mi w kość. Na zdjęciach tego nie widać, lecz na dole furażerki tworzy się w takiej sytuacji ciemniejsza, mokra od potu obwódka, człowiek zaczyna też rozumieć ideę krótkich włosów w wojsku (moje długie można było wykręcać po powrocie).
Jedna rzecz na którą nie narzekam: mimo wykonania z wełny (koce wojskowe), owijacze nawet przy takiej temperaturze sprawdzają się bardzo dobrze, pod warunkiem dobrego ich związania (za luźne spadają a za ciasno osłabiają krążenie), spełniają swoją najważniejsza funkcję czyli chronią nogi przed uszkodzeniami, spodnie przed zabrudzeniem, oraz nie wpijają za dużo wody jak ktoś idący przez środek kałuży cię ochlapie.

PS. zaczęły się wakacje, więc mam nadzieję że będzie więcej wpisów z łażenia 

czwartek, 21 czerwca 2012

dłubanie w skórze part 1.


 Z tytułu tego że wczoraj nabyłem kilka pasków skórzanych w lumpeksie i wczoraj nie działał mój komputer wziąłem się za kilka wyrobów:

Pierwszym jest wieszadełko do siekiery, dorobione ze względu na brak szlufek przy uszytym swego czasu pokrowcu.


To samo tylko bez siekierki, jest ot prosta pętla z paska skórzanego...
Kolejnym obiektem jest pas robiony na wczesne średniowiecze, model dość ekonomiczny.
Klamra przekuta ze współczesnej...       


Pas szyty na lewą stronę gdyż czarny lakier zbyt historyczny nie jest, za to mizdra została potraktowana tłuszczem do skór.
 

Wygląd ogólny całości. 
Pas być może będzie na sprzedaż na mnie jest o wiele za krótki, lecz może uda się go przedłużyć.

Szyte wszystko lnianą dratwą, z braku wosku nacieraną żywicą sosnową, myślę jednak o wykorzystaniu kiedyś do szycia końskiego włosia zamiast dratwy.

sobota, 9 czerwca 2012

namiot i zupa...


 Dziś z kolega przeprowadziliśmy eksperyment, mianowicie w reszcie opanować rozbijanie namiotu z pałatek, a dwa-ugotować zupę z pokrzyw...

 Pierwszy punkt jak widać udał się całkiem nieźle, mimo problemów z kamienistym gruntem.
kuchenka w wersji "polowej"

Drugi punkt natomiast udał się połowicznie: dało się toto zjeść, lecz nie powiedział bym żeby było smaczne, ogólnie nie podaję przepisu, bo mija się to z celem (mógłby to jedynie być poradnik "jak nie gotować zupy z pokrzyw"), mam jednak już parę kolejnych koncepcji jak zrobić to lepiej. Jedyne co mogę przyznać z całą pewnością: radziecka menażka typu "kociołek" sprawdza się do gotowanie całkiem dobrze, a to co się w niej ugotuje nie ma smaku aluminium, co jest niewątpliwą zaletą w stosunku do aluminiowych menażek. Kolejne próby kulinarne nastąpią w bliżej niesprecyzowanej przyszłości...

czwartek, 7 czerwca 2012

Huba


Eksperymentuję ostatnio nad hubka do rozpalania ognia, kilka fotek poniżej:
 Hubiak pospolity, schnie sobie :P (suszy się tak jak każde grzyby tylko toporkiem kroić trzeba)
 Błyskoporek Podkorowy (pojedyncza sztuka, więcej jak na razie nie znalazłem)
 Trochę wyciętej warstwy która najłatwiej się zapala (ta między rurkami a skorupą), w pudełeczku z kory brzozowej,
To samo luzem.

Ogólnie to celem jest uzyskanie hubki która będzie łatwo odpalać od krzesiwa tradycyjnego, kowalskiego (czyt. po prostu kawałek twardej stali i krzemień)

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Siekierka



Ostatnio postanowiłem przygotować sobie małą siekierkę do noszenia ze sobą w teren itp. Siekierka jest już dość wiekowa, ma nie typowy rozmiar osady, trzonka fabrycznego się nie dopasuje do niej, więc jedyne co pozostało to dorobić samemu. Trzonek jest z drewna jesionowego, sezonowanego ok. roku, nabity z klinem metalowym. Całość została jeszcze zaopatrzona w pokrowiec, szyty z grubej skóry (odzysk ze starej francuskiej ładownicy), z zapięciem z troka wojskowego, całość szyta na lewej stronie, i pokryta pasta do butów, szyte ręcznie, lnianą dratwą (zamiast wosku użyłem żywicy świerkowej), z braku szydła otwory robione gwoździem. Załączam kilka fotek:

piątek, 25 maja 2012

Słowem wstępu

Po dłuższym zastanowieniu postanowiłem jednak bloga założyć, sam nie wiem co mnie popchnęło do tej decyzji, na początek postanowiłem się przedstawić: aktualnie uczęszczam do liceum ogólnokształcącego, a hobbystycznie zajmuję się survivalem, rekonstrukcją historyczną (wczesne średniowiecze i II wojna światowa) oraz szeroko pojętymi militariami (w tym ASG). Sam survival  moim przypadku jeszcze na etapie "teoretycznej" lecz zamierzam w te wakacje trochę pochodzić dłużej niż jeden dzień, poza tym zamierzam raczej unikać super nowoczesnych rozwiązań. Na blogu będę publikował efekty swoich "dłubanin" (wyroby zarówno pod rekonstrukcję jak i survival, lub też wykorzystywane w obu tych typach aktywności, relacje z wypraw, oraz koncepcje rzeczy do zrobienia w bliżej nie określonej przyszłości...

Pozdrawiam, Piotr2104